Zdarzyło się, że Rafał mnie dorwał, chyba na jakiejś grosarowej jeździe i zaczął naciągać na jazdę do Starej Lubowni, coby walnąć jakąś długą trasę, Tatry z daleka pooglądać i zdjęcia a’la Wojtek im porobić. Ja, jako człowiek już poniekąd wygodny pomyślałem, że po co oglądać Tatry z daleka jak można z bliska. Zresztą najbardziej dobijała mnie perspektywa naparzania nudną drogą do Piwnicznej i z powrotem. A że czasy studenckie dawno się skończyły i autem gdzieś podjechać to nie problem, zaproponowałem skrócenie dojazdówki i skoncentrowanie się na pocztówkowych widokach od początku. W międzyczasie, jako człowiek prawie uzależniony od internetu, wyczytałem gdzieś u Wiktora na stravie, że też jakoś o Tatrach myśli. I tak oto skrystalizowała się ekipa. Trasa zaś kształtowała się do samego końca i po cennych korektach Wiktora uzyskała ostateczną wersję, choć Rafał do samego końca straszył, że:  „jest napalony na jazdę jak wilk wypuszczony z klatki i niżej 200km nie popuści”(cyt.)

Nadeszła wyczekiwana sobota, prognozy sprawdziły się idealnie – ranek przywitał nas rześkim powietrzem i błękitnym niebem, więc wyruszyliśmy na miejsce startu, czyli do Szczawnicy. Po dotarciu parkujemy pod Palenicą i zaczynamy się zbierać. Jako że chłodnawo było, sobota i w ogóle, start następuje bladym świtem, czyli parę minut przed dziesiątą. Tylko Rafał na krótko, my z Wiktorem w długich koszulkach  (i nie można powiedzieć że przegrzewaliśmy się). Z parkingu ścieżką rowerową wzdłuż Dunajca dojeżdżamy do granicy, a zaraz za nią pierwsze rozczarowanie. Nie wiem czemu, pewnie za dużo masła, popierdzieliło mi się że ‘Pienińska Droga’ do Czerwonego Klasztoru jest wyasfaltowana. A tu szuter i kamyczki.1

Więc pierwsze 13km robimy z zawrotną prędkością w 50 minut. A jak już wyjeżdżamy na asfalt – kolejna niespodzianka – solidny wiatr w oczy. Ale na szczęście tyle złego. W Niedzicy wracamy na chwilę do PL, jedziemy przez polski Spisz i w Łapszach odbijamy w lewo z powrotem w kierunku Słowacji . Do granicy prowadzi solidny podjazd, jednak jego ukończenie gwarantuje niezapomniane widoki. Z tego miejsca, czyli przełęczy nad Łapszanką, rozciąga się jedna z najładniejszych panoram na Tatry Bielskie. Oczywiście nie omieszkamy pokontemplować tego widoku i robimy krótką przerwę. Przy takich widokach zmęczenie samo ustępuje.

2 3

Po przerwie przekraczamy granicę i zaczynamy niesamowity zjazd do Osturni. Niezwykle malowniczy, w dodatku bardzo stromy, szybki i trudny technicznie. Słowem, endorfiny uderzają do głowy. Osturnię przecinamy w poprzek i zaraz zaczynamy blisko ośmiokilometrowy podjazd na Przełęcz Zdziarską. Początkowo delikatnie, potem coraz stromiej, droga zaczyna piąć się w górę. Asfalt idealny, ruch praktycznie zerowy, a gdy tylko wyjeżdżamy z lasu na po-kalamitowe zręby odsłania się widok na Tatry, które tu są na wyciągnięcie ręki. I to dosłownie, bo przełęcz Zdziarska to granica Tatr (i Magury Spiskiej).

4 5 6

Po widokowym podjeździe czeka nas wielokilometrowy zjazd do Tatrzańskiej Kotliny. Pomyślałby kto że odpoczywaliśmy na zjeździe… tempo było niezłe, ale każdy z nas tęsknił za Wojtkiem  😉 po drodze zgarniamy jakiegoś Słowaka, który zabiera się z nami przez dobre kilkanaście kilometrów. W Tatrzańskiej Kotlinie odbijamy w prawo i stamtąd, nie licząc trzech kilometrów zjazdu, czeka nas 30 kilometrów do góry. Podjazd jest mozolny – ani specjalnie stromy, ani trudny, tylko ciągnący się jak flaki z olejem. Do tego wiatr na twarz i mordujemy go z prędkością 21km/h. Po drodze, oprócz widoków spowodowanych wiatrołomami, czyli tzw. Velką Kalamitą z 2004r, mamy jeszcze krótki  popas w Starym Smokovcu, gdzie Wiktor zapodaje symbol Czechosłowacji – nieśmiertelne Lentilky. Posileni już szybko docieramy do Szczyrbskiego Plesa, gdzie nad jeziorem następuje klasyczne 5 minut dla fotografów

7 9 10 11 8

Nie biwakując za długo rozpoczynamy odwrót, coby zdążyć przed nocą. Wiadomo że w górach najważniejszy jest powrót 🙂 dlatego znów odzywa się tęsknota za Wojtkiem, bo przed nami długi zjazd. Tempo zdrowe, wiatr pomaga, tylko trzeba uważać na miejscami spore dziury w asfalcie. W dół droga mija szybko i bez historii, choć przyznam się, że ten zjazd wymęczył mnie bardziej jak podjazd.

Po powrocie do Tatrzańskiej Kotliny skręcamy w prawo, opuszczając Tatry i wjeżdżając w Magurę SpiskąZ prostej pomiędzy Lendakiem a Wyborną podziwiamy Tatry, które tu majestatycznie wyrastają znad równiny.

12 13

W kolejnych wioskach bacznie się pilnujemy, żeby nam nic nie zginęło. Udaje się, przejeżdżamy Słowiańską Wieś i każdy z nas dalej jedzie na swoim rowerze. I to kompletnym 😉 Dalej czeka nas już tylko ostatni (przynajmniej w planach) podjazd. Z mapy nie wyglądał na lekki, znaki 12% średniego nachylenia też nie dodają otuchy, ale powoli, powoli ‘masakrujemy’ i ten podjazd. Albo i siebie. A podjazd bardzo fajny, widokowy i konkretny. Ze szczytu znów długi zjazd, a potem lekko w dół aż do Czerwonego Klasztoru.  Prędkość cały czas waha się w okolicy 40kmph, więc jeszcze rezerwy sił są. A jak się okazuje będą jeszcze potrzebne – po dojechaniu do Czerwonego Klasztoru nie do końca jednogłośnie, ale demokratycznie i pokojowo, decydujemy się dołożyć jeszcze kilkanaście kilometrów i solidny podjazd, byleby tylko ominąć Drogę Pienińską. Brak już wody, potraviny pozamykane, ale na szczęście w jakimś hostincu ratują nas kranówą. Stamtąd obciążeni ruszamy na ostatni podjazd pod Lesnickie Sedlo, chyba najciekawszy w całych Pieninach. Ja tam popuszczam wodze fantazji i sprawdzam jeszcze ile zostało sił po 180km.

14

Stamtąd już tylko zjazd do Leśnicy i dalej spacerowo do Szczawnicy na parking.

15

Tam następuje niepełne zadowolenie z ukończenia trasy (Rafał chciał dobić do 200, a tu tylko 190km wyszło…), szybka przebierka i wypad do knajpy na zasłużoną pizzę i browara. Ja niestety, jak się okazało, nie zasłużyłem na złocisty napój regeneracyjny, musiałem zadowolić się kawą…

Nasza trasa i tempo tutaj:  https://www.strava.com/activities/305830724

Tekst:  mateo

Zdjęcia:  Rafał i Wiktor.

PS. W planach powoli klaruje się II GwG co najmniej w tym samym składzie. Pojeżdżenie po Nizkych Tatrach ze startem z okolic Popradu, jeśliby byliby chętni to zapraszamy, ale z własnym transportem. Termin, w zależności od pogody do dogrania. Gwarantujemy super widoki i podjazdy.